Betańska Studio. Mój świat w kilku słowach.
Zaczęło się trochę przypadkiem…
Nigdy nie planowałam, że będę malować.
Na kurs malarstwa zapisałam się właściwie dla mojej córki. Chciałam, żeby mogła spróbować czegoś twórczego, ale akurat nie było wtedy grupy dla dzieci.
Ktoś powiedział: „Zapisz się sama, to później będziesz mogła jej coś podpowiedzieć”.
I tak zaczęła się moja przygoda z malarstwem.
Pierwsza była akwarela. I przepadłam.
Szybko okazało się, że malowanie daje mi coś, czego wcześniej nawet nie wiedziałam, że potrzebuję. Z czasem pojawiły się kolejne techniki, kolejne warsztaty, kolejni nauczyciele. Wiele im zawdzięczam. Pokazali mi nowe możliwości, nauczyli patrzeć, próbować i odważniej podchodzić do malarstwa.
Ale po pewnym czasie po każdym zachwycie cudzym sposobem malowania pojawiała się we mnie jedna myśl:
„Piękne. Ale ja zrobiłabym to trochę inaczej.”
I chyba właśnie wtedy zaczęło się moje prawdziwe odkrywanie malarstwa.
Nie szukam jednej drogi
Nie lubię nazywać siebie malarką.
Bliżej mi do określenia osoba, która kocha malarstwo i wciąż chce je odkrywać.
Lubię próbować. Sprawdzać, co się wydarzy, kiedy zmienię kolor, sposób nakładania farby, fakturę albo całkowicie odejdę od tego, co początkowo sobie zaplanowałam.
Dlatego raz wybieram akwarelę, innym razem olej albo akryl. Raz interesuje mnie delikatność i światło, innym razem mocna struktura, kolor i gest.
Czasami zaczynam obraz z dość konkretnym pomysłem. Wiem mniej więcej, dokąd chcę dojść. A potem maluję, coś zmieniam, dokładam kolejną warstwę, słucham muzyki… i nagle okazuje się, że obraz poszedł zupełnie w inną stronę.
I bardzo często właśnie wtedy dzieje się coś najlepszego.
Mój mały, magiczny czas
Malowanie jest dla mnie odskocznią od codzienności.
Kiedy siadam do obrazu, zakładam słuchawki, włączam Spotify i… odpływam.
Naprawdę zmienia się wtedy rzeczywistość.
Jestem tylko ja, muzyka i obraz. Czas płynie inaczej, a wszystko, co dzieje się poza pracownią, na chwilę przestaje mieć znaczenie.
To mój czas. Taki mały kawałek świata, który mogę stworzyć po swojemu.
I chyba właśnie dlatego w obrazach tak często pojawiają się światło, cisza, natura, droga, woda, ludzie, relacje i emocje. Czasem inspiruje mnie konkretne miejsce. Czasem wspomnienie. Czasem fotografia, która zatrzyma mój wzrok. Czasem coś, co przeżyłam. A czasem po prostu jakiś obraz innego artysty, przy którym pojawia się myśl: „Chcę zmierzyć się z tym tematem, ale po swojemu”.
Nie zawsze wiem dokładnie, co chcę powiedzieć, zanim zacznę malować.
Czasami obraz mówi mi to dopiero w trakcie.
Obraz jako brama
Chyba właśnie tak postrzegam swoje obrazy.
Jako małe bramy do świata, który jest gdzieś pomiędzy rzeczywistością a wyobraźnią.
Chciałabym, żeby obraz, który trafia do czyjegoś domu, nie był tylko czymś, co ładnie wygląda na ścianie.
Chciałabym, żeby towarzyszył.
Żeby był częścią codzienności — wisiał w salonie, sypialni czy gabinecie, był obecny każdego dnia.
Ale żeby czasem wystarczyło na niego spojrzeć i…
nagle znaleźć się gdzie indziej.
W miejscu, które coś przypomina.
W ważnym wspomnieniu.
W emocji, którą trudno nazwać.
W chwili, za którą się tęskni.
Albo po prostu w świecie, który przez moment jest tylko Twój.
I chyba właśnie tego szukam również wtedy, kiedy sama maluję.
Niech każdy zobaczy w nim coś swojego
Nie oczekuję, że osoba oglądająca mój obraz zobaczy dokładnie to samo, co ja.
Wręcz przeciwnie.
Lubię, kiedy obraz zaczyna żyć własnym życiem.
Czasami ktoś, kto ogląda moją pracę, opowiada mi o emocji albo wspomnieniu, którego zupełnie się w niej nie spodziewałam. A czasami okazuje się, że czuje dokładnie to, co ja chciałam przekazać.
I właśnie te momenty są dla mnie wyjątkowe.
Bo wtedy wiem, że coś z mojego świata dotarło do czyjegoś świata.
Może dlatego najczęściej moje obrazy wybierają osoby, które coś w nich odnajdują. Nie tylko kolor czy temat, ale kawałek własnej historii.
Wciąż jestem w drodze
Nie mam poczucia, że znalazłam już swój ostateczny styl.
I właściwie nie wiem, czy chcę go znaleźć.
Chcę próbować, zmieniać, eksperymentować i czasem zrobić coś zupełnie inaczej niż poprzednim razem.
Chcę zobaczyć, dokąd zaprowadzi mnie akryl, co jeszcze mogę zrobić z akwarelą, jak daleko mogę pójść w oleju.
Chcę się tym malarstwem bawić.
Bo właśnie to kocham w nim najbardziej — że nie ma jednej właściwej drogi.
Jest ciekawość.
Jest emocja.
Jest moment, kiedy zaczynasz malować i jeszcze nie wiesz, dokąd Cię to zaprowadzi.
A potem odsuwasz się od obrazu, patrzysz z daleka i czasami myślisz:
„Nie tak miało być… ale chyba właśnie o to mi chodziło.”
I wtedy wiem, że warto było znów zanurzyć się w ten mój mały, magiczny świat.